Stuart Murdoch, założyciel kultowego w niektórych kręgach zespołu
Belle & Sebastian udowodnił, że złożenie w całość kilku niezbyt
skomplikowanych riffów gitarowych i prostych chwytów może zaowocować
pięknymi, wzruszającymi piosenkami. To, co sprawdzało się na gruncie
muzyki, nie do końca mu wyszło w jego reżyserskim debiucie.
Z "Dziewczynami" jest trochę jak z Eve (Emily Browning), główną bohaterką filmu. Cierpi ona na anoreksję, na którą próbuje się leczyć w specjalistycznym ośrodku. Tam jedna z psycholożek przedstawia jej, czym jest piramida potrzeb Maslowa. Koncepcja ta sprowadza się do tego, że dopiero gdy zaspokoimy najważniejsze potrzeby niezbędne do życia, możemy spełniać inne, bardziej duchowe zachcianki. W przeciwnym wypadku całość, przez którą rozumiemy nasze życie, zwyczajnie runie. Podobnie jest z filmem Murdocha, który co prawda nie w pełni się rozsypuje, ale jego konstrukcja mocno się chybocze.
Dla Eve najważniejsza w życiu jest muzyka, podobnie jak dla Jamesa
(Olly Alexander), którego poznaje na koncercie lokalnych kapel w czasie
swojej ucieczki ze szpitala. Ta dwójka, która wkrótce przerodzi się w
trio wraz z dołączeniem do nich Cassie (Hannah Murray), zdecydowanie
urodziła się zbyt późno, a najświeższym zespołem, jaki znają, jest
prawdopodobnie Pearl Jam. Ci nastolatkowie są definicją bycia retro –
lubują się w dźwiękach, których nikt nie słucha, noszą ubrania, które
były modne lata temu. Spotkanie takich indywidualności musiało
zaowocować wytworzeniem się więzi i wspólną chęcią założenia zespołu. I
tak tworzy nam się opowieść o przyjaźni, pasji, realizowaniu marzeń i
byciu w zgodzie ze swoimi ideałami, ale też o braku wiary w siebie, bólu
i smutku. Nie takich, jakie panowały we wnętrzu innego muzyka z Wysp,
jakim był Ian Curtis, ale jednak. Widocznie tak właśnie wygląda
hipsterski egzystencjalizm i nostalgia.
Historię o ekscentrycznych małych-dorosłych
doskonale znamy z uniwersum Wesa Andersona, z "Kochankami z Księżyca" na
czele. Nawet bogata kolorystyka filmu zdaje się nawiązywać do
wspomnianego dzieła. Jednak Murdochowi brak tego uroku, kunsztu i
autorskiego stylu, jakim czaruje twórca "Grand Budapest Hotel". Nie
można mu jednak odmówić zmysłu kompozytorskiego...przynajmniej na jego
płytach. W "Dziewczynach", gdzie nie mniej ważna od tradycyjnych
dialogów, jest narracja prowadzona za pomocą piosenek, trochę zbyt mało
tych naprawdę udanych utworów. Zdarza się, że ocierają się one o banał i
kicz. Na szczęście w większości wypadków udaje się uniknąć
przekroczenia tej niebezpiecznej granicy. Niektóre muzyczne sceny
wyzwalają chęć zostawienia za sobą codzienności i pójścia w ślady
bohaterów z ich spływami kajakowymi i leżeniem w trawie. Inne zaś, swoim
poziomem lirycznym, dorównują wielu spośród tekstów współczesnej muzyki
pop.
Drażni fakt, że reżyser nie pokusił się o
rozwinięcie wielu z wątków, przez co obraz staje się niepełny. Choroba
Eve, uczucie Jamesa do niej czy rozterki bohaterów zostały potraktowane
zbyt lakonicznie. Z pewnością nie ma mowy o tym, aby w świecie kina
udało się Murdochowi to, to co na muzycznym poletku. Jednak nie każdy
utwór, bez względu na to do jakiej dziedziny sztuki przynależy, musi być
genialny. Przecież nawet w dziełach średnich lotów, można znaleźć choć
element, który będzie w stanie nas poruszyć.
Wymienia się go jako drugi najważniejszy film amerykański po „Obywatelu
Kane”, który odcisnął znaczne piętno na języku filmowej narracji, dzieło
Francisa Forda Coppoli, „Ojciec Chrzestny”. Świat włoskiej mafii w Nowym Jorku,
gdzie najważniejszym słowem jest: „Rodzina”. Jednak korzenie gangsterskiej
familii znajdują się na Sycylii. Teraz, niczym legendarny Marlon Brando jako
Don Corleone, złożę wam „propozycje nie do odrzucenia”, udajmy się w podróż
śladami „Ojca Chrzestnego”.
Historia rodziny Corleone, którą
zbeletryzował Mario Puzo, rozpoczyna się w małym miasteczku o
nazwie...Corleone. Na początku XX wieku, kiedy mały Vito, przyszły Don, ucieka
do Ameryki przed miejscowym szefem mafii, Corleone było jeszcze wsią. Z czasem,
gdy Coppola zabrał się za kręcenie filmu wieś stała się miasteczkiem, a co za
tym idzie nie pasowała już ona do opisów z literackiego pierwowzoru, wyglądała
zbyt nowocześnie. Inna wersja mówi, że realizowanie filmu w Corleone wymagało
od Coppoli uiszczenia pewnej opłaty, na którą twórca się nie zgodził. Reżyser
zdecydował się ostatecznie na kręcenie sycylijskich scen gdzie indziej, w
Savoca, w prowincji Mesyna, niedaleko Toarminy, na wschodzie wyspy.
Wioska była skupiona wokoło centralnego placyku
ze studnią. Znajdowała się jednak przy głównej drodze, więc było tam kilka
sklepów, winiarnie i jedna kawiarenka z trzema stolikami na małym tarasie.
Pasterze zasiedli przy jednym ze stolików, a Michael przyłączył się do nich.
Nigdzie nie było śladu dziewcząt. Wioska zdawała się opustoszała, z wyjątkiem
małych chłopców i wałęsającego się osła na placyku nie było nikogo. Właściciel
kawiarni podszedł, aby ich obsłużyć...–
Mario Puzo, „Ojciec Chrzestny”.
Znajdująca się na wzniesieniu
z widokiem na morze Savoca od 2008 roku jest wpisana na listę najpiękniejszych
miasteczek Italii. Obecnie liczy sobie około 1800 mieszkańców. Miejsce,
które najbardziej nas interesuje ze względu na „Ojca Chrzestnego”, to porośnięty
winoroślą Bar Vitelli. Tu nakręcono scenę, w której Michael Corleone prosi ojca
Apolloni, swojej przyszłej żony, o pozwolenie widywania się z córką. Wnętrze
baru, którego budynek pochodzi z XVIII wieku, przypomina istne muzeum pełne
pamiątek związanych z dziełem Coppoli. Mnóstwo tu starych sprzętów stosowanych
niegdyś w gospodarstwach domowych, stare krzesła, ławy i lampki. Przy wejściu
do baru znajduje się stolik, na którym leży imitacja lupary, strzelby używanej
na polowaniach, którą to w filmie dzierży jeden z ochroniarzy Michaela.
Interesujące w wystroju lokalu są również wszechobecne zdjęcia scen z filmu i
jego bohaterów oraz wycinki z gazet. Jest tu też wywieszone drzewo
genealogiczne rodziny Corleone. Żywym wspomnieniem kręconych tu w 1972 roku
scen jest niezmienna od lat właścicielka baru, Signora María, która do dziś
serwuje tu wyśmienitą cytrynową granitę i z chęcią opowie o tym jak to było
gościć hollywoodzką ekipę filmową w cichym sycylijskim miasteczku.
W Savoca nakręcono też scenę
ślubu Michaela z Apollonią. Ceremonia miała miejsce w Kościele San Nicolo,
który znajduje się niedaleko Baru Vitelli. Stąd można udać się drogą w dół
wzgórza, którą podążali małżonkowie na swoje wesele. A tam czeka już na nas
pizzeria La Pineta, w której jedną z kelnerek jest kobieta, która wiele lat
temu wystąpiła w „Ojcu Chrzestnym” jako dziewczynka rzucająca kwiaty pod nogi
filmowych nowożeńców. A co tutaj najlepiej zjeść? Będąc dalej pod wpływem filmu
warto zamówić canollo, które jest symbolem kuchni sycylijskiej. To rurka z
kremem wykonanym najczęściej z sera ricotta
i z succade, czyli bardzo słodkiej
masy z owoców. Przysmak pojawia się w scenie, w której gangsterzy zabijają
zdrajcę, po czym jeden z nich wygłasza sentencję: Zostaw pistolet, zabierz cannoli. Można się też pokusić o makaron,
np. taki jaki przygotowywany jest przy Michaelu, gdy ten odbiera telefon od
Kay. A do popicia oczywiście czerwone wino, które tak lubił Vito Corleone, jak
sam mówił w jednym ze swoich końcowych dialogów: Ostatnio wino mi smakuje. W każdym razie piję więcej.
Savoca kryje jeszcze jedną
niespodziankę dla fanów filmu – tablicę upamiętniającą to, że Francis Ford
Coppola nakręcił tu sceny do swojego kinematograficznego dzieła. Nie tak
daleko, bo zaledwie 13 kilometrów na południe od opisywanego miasteczka,
położone jest kolejne o nazwie Forza d’Agrò. To miejsce jest już związane
bardziej z drugą częścią „Ojca Chrzestnego”. Znajduje się tu Kościół
Sant'Agostino, gdzie nakręcono sekwencję, w której młody Vito zostaje ukryty w
sianie przywiązanym do osła, aby móc uciec do Ameryki przed gniewem lokalnego
mafiosa, Don Ciccio. Świątynia „gra” też krótki epizod w pierwszej części
trylogii. Pojawia się, gdy Michael wraz z Fabrizio i Calò
po raz pierwszy w filmowej opowieści zmierzają do Corleone.
W Stolicy Sycylii, Palermo,
znajduje się kolejne miejsce wykorzystane przez Coppolę, tym razem w wieńczącej
trylogię części. Chodzi o pochodzący z końca XIX wieku Teatro Massimo.
Przepiękny budynek opery wznosi się na Piazza Verdi. Jest to
największy we Włoszech i trzeci w Europie co do wielkości budynek operowy. Na
długich schodach prowadzących do budynku w końcowej scenie „Ojca Chrzestnego
III” ginie córka Michaela Corleone, Mary.
Stąd już niedaleko do Corleone, w
którym, jak wiadomo, Coppola nie nakręcił żadnej sekwencji do „Ojca Chrzestnego”,
ale warto odwiedzić miasteczko, w którym Mario Puzo umieścił część akcji swojej
powieści. Miasto jest historycznie powiązane z działalnością mafii, to miejsce
było świadkiem 153 brutalnych morderstw w okresie między 1944 rokiem a 1948.
Przez wiele lat był to dom dla wielu mafijnych bossów, w tym dla Salvatore
Rinny, który został aresztowany w 1993 roku pod zarzutem dokonania 150
morderstw. Ciemna historia Corleone jest ukrywana przed dzisiejszymi turystami,
miasto stara się kusić swoimi przyjaznymi aspektami. Stare brukowane uliczki,
przy których znajdują się liczne bary i trattorie, dwa zabytkowe kościoły,
XIV-wieczny San Martino i o trzy stulecia młodszy Santa Rosalia, w którego
wnętrzu znajduje się obraz Diego Velasqueza „Św. Jan Ewangelista” - to tym
promuje się miasto, uciekając jednocześnie od mrocznej przeszłości.
W Corleone, mimo, że brak tu
planów z dzieła Coppoli, można znaleźć ślady filmowego „Ojca Chrzestnego”.
Nieopodal hotelu Belvedere znajduje się restauracja A’Giarra, do której Al
Pacino vel Michael Corleone wybrał się w trakcie kręcenia zdjęć do trzeciej
części filmu. A było to tak...
Pod koniec marca 1990 roku ekipa Coppoli kończyła kręcić w Palermo sycylijskie wątki „Ojca chrzestnego III". Wtedy to Al Pacino wpadł na pomysł zorganizowania krótkiego wypadu do Corleone. Na miejscu, aktor wraz z przyjaciółmi – Andym Garcią i Diane Keaton, zatrzymał się w Belvedere. Tam, próbując mówić w języku sycylijskim, Pacino przedstawił cel swojej wizyty, chciał odnaleźć w Corleone krewnych. Mówił o swoim dziadku, który nazywał się John Gelardi, urodził się dokładnie w Corleone, i jak wielu Sycylijczyków wyemigrował za chlebem do Nowego Jorku. Luciano Saporito, właściciel hotelu (jest nim do dziś), zaprosił gości na ucztę do A’Giarry, a tam aktor poprosił gospodarza o wykonanie kilku telefonów, w celu ustalenia czy przebywają tu jacyś spokrewnieni z nim Gelardi. Każdy z rozmówców Saporito uważał, że mężczyzna robi sobie z nich żarty i odkładał słuchawkę. Pacino opuścił miasteczko pełen rozczarowania. Może wynik poszukiwań byłby inny, gdyby nie to, że wizyta słynnego aktora i niecodzienne telefony miały miejsce 1 kwietnia? A ten dzień na Sycylii nie różni się niczym swoją obyczajowością od tego, jak się go obchodzi w Polsce.
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie film.org.pl
Film potępiony w Wielkiej Brytanii za, jak uważano, nawoływanie do
wstępowania do młodzieżowych gangów i szerzenie, tak jak bohaterowie dzieła, „ultraprzemocy”.
Stanley Kubrick wstrząśnięty tymi oskarżeniami rzucanymi w stronę „Mechanicznej
pomarańczy” postanowił wycofać obraz z tamtejszej dystrybucji. Film ponownie
powrócił na ekrany dopiero w 2000 roku. U nas, po 43 latach od premiery,
amerykański klasyk znów wraca do kin.
Mamy rok 1968, Kubrick skończył
już prace nad „2001: Odyseją kosmiczną” i przygotowuje się do nakręcenia filmu
o Napoleonie. Ktoś jednak robi to pierwszy, a tą osobą jest Siergiej Bondarczuk, mający już na koncie
ekranizację „Wojny i Pokoju”. Jego film nosił nazwę „Waterloo”, gdzie w rolę
francuskiego wodza wcielił się Rod Steiger. Dzieło przyniosło klapę finansową i
skutecznie zniechęciło wytwórnie do dania Kubrickowi zielonego światła na
zrealizowanie jego projektu. Marzenia o wielkich scenach batalistycznych i
obsadzeniu Jacka Nicholsona jako głównego bohatera obróciły się w niwecz, a
zgromadzenie setek stron dokumentacji poszło na marne.
W swoim domu w Wielkiej Brytanii Kubrick posiadał ogromne zbiory
książek, z których część znajdowała się w stercie tych cierpliwie czekających
na ich przeczytanie. Pewnego wieczoru wpadła mu w ręce „Mechaniczna
pomarańcza”, powieść Anthony’ego Burgessa, którą otrzymał od Terry’ego
Southerna, producenta „Dra Strangelove”. Reżyser przeczytał książkę w jeden
wieczór i jeszcze pod koniec pierwszej części był przekonany o tym, że z tego
materiału powstałby świetny film. Przez kilka kolejnych dni wracał do lektury
pielęgnując w sobie uczucie ekscytacji. W głowie twórcy zaczęły pojawiać się
kolejne sceny jego przyszłego arcydzieła.
Historia przeniesienia dzieła Burgessa na wielki ekran mogła się jednak
potoczyć zupełnie inaczej, gdyż autor początkowo sprzedał prawa do jej
ekranizacji Mickowi Jaggerowi z The Rolling Stones za 500 dolarów. W roli
reżysera widziano Johna Schlessingera, ten jednak uznał, że brutalność
powieści nie jest tematem, z którym chciałby się zmierzyć.
To co dla Schlessingera nie było
atrakcyjne Kubricka oczarowało. Uznał on „Mechaniczną pomarańczę” za wspaniałe
dzieło wyobraźni, postacie za dziwaczne i ekscytujące, a przedstawione idee za
błyskotliwie rozwinięte. Również język powieści – slang oparty na języku
rosyjskim, który sam autor nazwał Nadsat, wydał się reżyserowi olśniewający.
Dziwaczny tytuł książki odnosił się do mowy ludzi z Malezji, gdzie Burgess
spędził kilka lat. W tamtejszym języku „orang” znaczyło tyle co „człowiek”
(oryginalny tytuł dzieła to „Clockwork Orange”).
(...)
O ile przy „2001: Odysei
kosmicznej”, powstałej na podstawie opowiadania Arthura Clarke’a, reżyser
ściśle współpracował z autorem oryginału, o tyle przy pracy nad „Mechaniczną
pomarańczą” jego kontakt z Burgessem był znikomy. Pisarz otwarcie przyznawał
potem, że film Kubricka zupełnie mu się nie podoba. Może to dlatego, że nie
dostał od niego żadnych pieniędzy? Największe odstępstwo na jakie pozwolił
sobie reżyser w stosunku do literackiego pierwowzoru dotyczyło samego
zakończenia. Kubrick, pisząc
scenariusz, opierał się na amerykańskim wydaniu książki, gdzie wydawca usunął
ostatni rozdział, w którym mowa o powrocie Alexa na łono społeczeństwa. W
prawdzie do twórcy dotarł brakujący rozdział, jednak zdecydował się on na
bardziej gorzki finał, gdzie zło jest stałą częścią ludzkości. „Odyseja
kosmiczna” mówiła o przezwyciężaniu człowieczeństwa, zaś „Mechaniczna
pomarańcza” to fatalistyczna opowieść o tym, czego z człowieka nie da się
wyplenić - skłonności do okrucieństwa.
Kubrick otwarcie przyznawał, że przewiduje to, że przemoc w przyszłości
stanie się narastającym problemem. Uważano niegdyś, że ostrze satyry
„Mechanicznej pomarańczy” jest szczególnie angielskie i odnosi się do
brytyjskiego społeczeństwa. Jednak w świetle narastającej od lat brutalności
człowieka wobec człowieka, dzieło Stanleya Kubricka jest dziś być może jeszcze
bardziej aktualne niż kiedyś.
Cały artykuł dostępny jest w numerze 12/2014 magazynu "Nowa Fantastyka"
John Wick mógłby stać się bohaterem miłośników zwierząt. To
zamordowanie jego psa staje się dla bohatera przyczynkiem do chwycenia
po latach za broń i wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę. Brzmi
nieco irracjonalnie i zwyczajnie głupio. Jednak film z Keanu Reevesem
nie jest żadną plamą na honorze kina akcji, te pojawiają się tylko na
ścianach pomieszczeń, w których Wick przelewa krew kolejnych rosyjskich
gangsterów.
Za kamerą stanęli kaskaderzy, którzy
wystąpili w wielu produkcjach, gdzie pada więcej kul niż słów. Ich
doświadczenie pozwoliło im wypełnić "Johna Wicka"
efektownymi scenami akcji rodem z gier komputerowych. Związki ze
światem elektronicznej rozgrywki twórcy sygnalizują zresztą,
kontrastując ekranową rozwałkę z krótką sceną, w czasie której jedna z
postaci oddaje się wirtualnej strzelaninie.
Fabuła nie należy
do szczególnie wymyślnych, ale w tym wypadku silenie się na zawiłości
scenariusza byłoby zupełnie zbędne. Akcja ma gonić akcję, a każda ma być
jeszcze większym zastrzykiem adrenaliny niż poprzednia. John Wick to
były zabójca, najlepszy w swoim fachu. Wcześniej pracował na usługach
rosyjskiego mafiosy, Viggo Tarasova. Po latach wiernej służby Wick
odszedł od swojego szefa, by się ustatkować i założyć rodzinę. Niestety
jego żona umiera na raka, a Wick popada w rozpacz i depresję. Jako
ostatni prezent od swojej ukochanej dostaje suczkę. Syn Tarasova ma to
nieszczęście, że jednym uderzeniem pałki zabija szczeniaka, bezlitośnie
okłada nią też bohatera i kradnie jego Mustanga. W tym momencie kończy
się emerytura prawdziwej legendy wśród zabójców, a zaczyna taniec
śmierci, którego rytm dyktuje John Wick.
Ów danse macabre
odbywa się przy świetnie skomponowanej ścieżce dźwiękowej, na którą
składają się wyborne kawałki muzyki elektronicznej. Dźwięki te stanowią
podkład do krwawego baletu Reevesa, któremu lepiej wychodzi wymierzanie
ciosów i pociąganie za spust niż jego "kwadratowa" gra aktorska.
Przypomina on jednak, że mimo pięćdziesiątki na karku jest jednym z
mistrzów kina akcji, któremu należy się medal i wszelkie honory. Jego
zręczność, strzeleckie popisy, brawurowa jazda i niemal niema rola
zabijaki, któremu nikt nie podskoczy, stanowią o sile tego,
nawiązującego do starego kina akcji, filmu.
"John Wick" nie ma
do zaoferowania niczego odkrywczego, gra na utartych schematach i jest
do cna przewidywalny. Ba, twórcy cytują nawet filmy, w których sami się
pojawili - majestatycznie kroczący Reeves został identycznie ukazany w "Constantine", przy którym pracował Stahelski,
jeden z reżyserów "Wicka". Mimo to udało im się stworzyć rasowe kino
akcji, bodaj najlepszy film tego nurtu mijającego roku. Jak to się mawia
w amerykańskim slangu, jest po prostu wick-ed.
Pierwsza część filmu sprzed trzech lat, choć bywała sprośna, a
żarty nie należy do szczególnie wysublimowanych, stanowiła ostrą satyrą
na kryzys gospodarczy i bycie trybikiem w kapitalistycznej machinie.
Było zabawnie i dosadnie. W kontynuacji twórcy z poziomem swoich
dowcipów robią krok wstecz i brzmią jakby głosili je na przerwie w
gimnazjalnej toalecie.
Kto z nas przy wypiciu paru piw
w gronie najbliższych znajomych nie snuł planów o założeniu własnego
biznesu? Kurt, Dale i Nick nie stanowią wyjątku. Po tym jak rzucili
swoje dotychczasowe prace wpadli na, jak im się wydaje, genialny pomysł
stworzenia rewolucyjnego produktu na rynku armatury łazienkowej.
Szukając dystrybutora dla ich towaru trafiają na Christopha Waltza,
obrzydliwe bogatego i wpływowego właściciela jednego z największych
sklepów internetowych. Niestety tak jak w przeszłości szefowie bohaterów
zaszli im za skórę, tak też robi ich nowy partner biznesowy, który nie
należy do najuczciwszych ludzi. Cóż, rynek pracy to prawdziwa dżungla,
bez względu na to czy pracuje się dla kogoś, czy działa na własną rękę.
Oszczędności życia mogą przepaść za kilka dni, co robić? Tym razem plan
zabójstwa nie wchodzi w grę, ale porwanie, czemu nie?
Te parę lat nie sprawiło, aby trójka kumpli granych przez Batemana, Sudeikisa i Daya
nabrała oleju w głowie. Przez co, a może dzięki czemu, co i raz pakują
się w kolejne kłopoty oraz napotykają kolejne przeszkody na swojej
drodze. Ich język też szczególnie się nie zmienił, obfituje w pokłady
wulgaryzmów, a rozmowy często krążą wokół tematów związanych z seksem.
Niestety bohaterowie ze swoimi żartami trafią tyle samo razy w
dziesiątkę, co zaliczają pudło. Raz padają całe dialogi, które ma się
ochotę wypisać złotymi literami na kartach historii gatunku buddy movie,
a zaraz potem padają suchary, które najlepiej by było zakopać głęboko
pod ziemią lub podsunąć Karolowi Strasburgerowi. Kloaczność miesza się z ostrymi dowcipami, bywa zabawnie, ale i żałośnie.
Jedno co nie zmieniło się od czasów "jedynki" to niezawodna obsada.
Trio głównych bohaterów to zgrana drużyna. Choć czasami mają siebie
nawzajem dosyć, to czuć między nimi chemię. Dodatkowo podziwiamy Waltza,
który czego się nie dotknie zamienia w złoto, nawet gdyby miała to być
tak mała rola jak w "Szefowie wrogowie 2". Jamie Foxx to służący zawsze dobrą radą przy knuciu przestępstwa niezły... Motherfucker - takie imię nosi jego postać. Jest też wyuzdana Jennifer Aniston,
która przyciąga spojrzenie swoim seksapilem. Wszyscy aktorzy swoimi
kreacjami tworzą po prostu prawdziwą galerię osobliwości, na którą
patrzy się z zaciekawieniem.
Zamiary reżysera wydają się być
łatwe do odczytania - miało być ostrzej, miało być jeszcze więcej
igrania ze stereotypami i balansowania na granicy poprawności
politycznej. Choć niektóre elementy zagrały, to w efekcie, mimo że nie
trafiamy na dno szamba, to zaczynamy w nim już brodzić.
Do kin trafiają kolejne odsłony "Spider-Mana", "Thora" czy
"X-Menów", czyli popularnych serii ze stajni Marvel Comics. Każdy z
pewnością słyszał o tych superbohaterach, ale nie wszyscy znają "Wielką
Szóstkę", która pojawiła się na kartach komiksów w latach 90. Disneyowi
ci herosi nie są obcy, dzięki czemu możemy poznać tę jedną z lepszych
animacji wytwórni na przestrzeni ostatnich lat.
Zaletą filmu jest to, że może do siebie przekonać nie tylko
najmłodszych, ale i starszych widzów. Pierwsza grupa otrzyma opowieść o
tym, że należy dbać o innych, o sile przyjaźni, jak przezwyciężyć
ciężkie uczucie straty kogoś bliskiego oraz o tym, że nauka może
sprawiać taką samą frajdę co rozrabianie na podwórku. Dla dorosłych
przygotowano kilka gagów, które mogą ich rozbawić do łez – zwłaszcza
scena, w której Baymax, robot medyczny, działa na końcówce baterii i
zachowuje się, jakby wracał właśnie z baru po kilku głębszych. Wydaje
się, że mechaniczny Bender z serialu "Futurama" mógłby się wtedy dogadać
ze wspomnianym "robo-pielęgniarzem".
Don Hall i Chris Williams, twórcy filmu, przenoszą nas do futurystycznego miasta San Fransokyo – ułagodzonej wersji metropolii z "Łowcy androidów"
będącą połączeniem San Francisco i Tokio. Żyje tam genialny
twórca robotów, 14-letni Hiro Hamada, który wystawia je do walk
na pieniądze. Jego równie pomysłowy brat zabiera go do
laboratorium, w którym pracuje razem z resztą
wynalazców-nerdów. Chłopak chce iść w jego ślady i za wygrane
pieniądze tworzy projekt naukowy, którego kupnem
zainteresowana jest wielka korporacja. Idea bierze górę nad
możliwością szybkiego wzbogacenia się i oferta zostaje
odrzucona przez Hiro. W wyniku nieszczęśliwego wypadku ginie
starszy brat, a młody naukowiec postanawia znaleźć sprawcę tej
tragedii. Pomagają mu w tym poznani studenci i Baymax.
"Wielka Szóstka"
jest przewidywalna, dużo tu wymuszania wzruszeń i
schematyczności. Ale czy to zarzut? Animowane bajki dla dzieci
mają pewne programowe wytyczne, którym, choć w części,
podporządkowują się wszyscy twórcy. Jednak u Halla i Williamsa
oprócz tych oczywistości dostajemy też wzbudzających
sympatię bohaterów z pulchnym Baymaxem na czele. Naiwny robot,
niemający wiele wspólnego z gracją, generuje całą masę
slapstickowych żartów. Jest on tak samo nieporadny, co oddany
Hiro, równie głupiutki, co szybko uczący się nowych rzeczy, w tym
nawet ciosów karate. Oprócz porządnego humoru i ciekawych
postaci "Wielka Szóstka" to też całkiem sporo spektakularnych
scen akcji. Są więc pościgi, brawurowe szybowanie w powietrzu i
widowiskowe sekwencje walki z czarnym charakterem. Film może
nie jest "wielki", a i w szkolnej skali ocen nie zasługuje na
szóstkę, ale potrafi dostarczyć sporo wrażeń, uczy też i bawi. A
to chyba najważniejsze w tego typu produkcjach.