piątek, 12 grudnia 2014

"Dziewczyny" - egzystencja hipstera (recenzja)

Stuart Murdoch, założyciel kultowego w niektórych kręgach zespołu Belle & Sebastian udowodnił, że złożenie w całość kilku niezbyt skomplikowanych riffów gitarowych i prostych chwytów może zaowocować pięknymi, wzruszającymi piosenkami. To, co sprawdzało się na gruncie muzyki, nie do końca mu wyszło w jego reżyserskim debiucie.
Z "Dziewczynami" jest trochę jak z Eve (Emily Browning), główną bohaterką filmu. Cierpi ona na anoreksję, na którą próbuje się leczyć w specjalistycznym ośrodku. Tam jedna z psycholożek przedstawia jej, czym jest piramida potrzeb Maslowa. Koncepcja ta sprowadza się do tego, że dopiero gdy zaspokoimy najważniejsze potrzeby niezbędne do życia, możemy spełniać inne, bardziej duchowe zachcianki. W przeciwnym wypadku całość, przez którą rozumiemy nasze życie, zwyczajnie runie. Podobnie jest z filmem Murdocha, który co prawda nie w pełni się rozsypuje, ale jego konstrukcja mocno się chybocze.

Dla Eve najważniejsza w życiu jest muzyka, podobnie jak dla Jamesa (Olly Alexander), którego poznaje na koncercie lokalnych kapel w czasie swojej ucieczki ze szpitala. Ta dwójka, która wkrótce przerodzi się w trio wraz z dołączeniem do nich Cassie (Hannah Murray), zdecydowanie urodziła się zbyt późno, a najświeższym zespołem, jaki znają, jest prawdopodobnie Pearl Jam. Ci nastolatkowie są definicją bycia retro – lubują się w dźwiękach, których nikt nie słucha, noszą ubrania, które były modne lata temu. Spotkanie takich indywidualności musiało zaowocować wytworzeniem się więzi i wspólną chęcią założenia zespołu. I tak tworzy nam się opowieść o przyjaźni, pasji, realizowaniu marzeń i byciu w zgodzie ze swoimi ideałami, ale też o braku wiary w siebie, bólu i smutku. Nie takich, jakie panowały we wnętrzu innego muzyka z Wysp, jakim był Ian Curtis, ale jednak. Widocznie tak właśnie wygląda hipsterski egzystencjalizm i nostalgia.

Historię o ekscentrycznych małych-dorosłych doskonale znamy z uniwersum Wesa Andersona, z "Kochankami z Księżyca" na czele. Nawet bogata kolorystyka filmu zdaje się nawiązywać do wspomnianego dzieła. Jednak Murdochowi brak tego uroku, kunsztu i autorskiego stylu, jakim czaruje twórca "Grand Budapest Hotel". Nie można mu jednak odmówić zmysłu kompozytorskiego...przynajmniej na jego płytach. W "Dziewczynach", gdzie nie mniej ważna od tradycyjnych dialogów, jest narracja prowadzona za pomocą piosenek, trochę zbyt mało tych naprawdę udanych utworów. Zdarza się, że ocierają się one o banał i kicz. Na szczęście w większości wypadków udaje się uniknąć przekroczenia tej niebezpiecznej granicy. Niektóre muzyczne sceny wyzwalają chęć zostawienia za sobą codzienności i pójścia w ślady bohaterów z ich spływami kajakowymi i leżeniem w trawie. Inne zaś, swoim poziomem lirycznym, dorównują wielu spośród tekstów współczesnej muzyki pop.

Drażni fakt, że reżyser nie pokusił się o rozwinięcie wielu z wątków, przez co obraz staje się niepełny. Choroba Eve, uczucie Jamesa do niej czy rozterki bohaterów zostały potraktowane zbyt lakonicznie. Z pewnością nie ma mowy o tym, aby w świecie kina udało się Murdochowi to, to co na muzycznym poletku. Jednak nie każdy utwór, bez względu na to do jakiej dziedziny sztuki przynależy, musi być genialny. Przecież nawet w dziełach średnich lotów, można znaleźć choć element, który będzie w stanie nas poruszyć.

Ocena: 5/10

Źródło: Film.onet.pl

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Celuloidowe Włochy: śladami „Ojca Chrzestnego”

Wymienia się go jako drugi najważniejszy film amerykański po „Obywatelu Kane”, który odcisnął znaczne piętno na języku filmowej narracji, dzieło Francisa Forda Coppoli, „Ojciec Chrzestny”. Świat włoskiej mafii w Nowym Jorku, gdzie najważniejszym słowem jest: „Rodzina”. Jednak korzenie gangsterskiej familii znajdują się na Sycylii. Teraz, niczym legendarny Marlon Brando jako Don Corleone, złożę wam „propozycje nie do odrzucenia”, udajmy się w podróż śladami „Ojca Chrzestnego”.


Historia rodziny Corleone, którą zbeletryzował Mario Puzo, rozpoczyna się w małym miasteczku o nazwie...Corleone. Na początku XX wieku, kiedy mały Vito, przyszły Don, ucieka do Ameryki przed miejscowym szefem mafii, Corleone było jeszcze wsią. Z czasem, gdy Coppola zabrał się za kręcenie filmu wieś stała się miasteczkiem, a co za tym idzie nie pasowała już ona do opisów z literackiego pierwowzoru, wyglądała zbyt nowocześnie. Inna wersja mówi, że realizowanie filmu w Corleone wymagało od Coppoli uiszczenia pewnej opłaty, na którą twórca się nie zgodził. Reżyser zdecydował się ostatecznie na kręcenie sycylijskich scen gdzie indziej, w Savoca, w prowincji Mesyna, niedaleko Toarminy, na wschodzie wyspy.

Wioska była skupiona wokoło centralnego placyku ze studnią. Znajdowała się jednak przy głównej drodze, więc było tam kilka sklepów, winiarnie i jedna kawiarenka z trzema stolikami na małym tarasie. Pasterze zasiedli przy jednym ze stolików, a Michael przyłączył się do nich. Nigdzie nie było śladu dziewcząt. Wioska zdawała się opustoszała, z wyjątkiem małych chłopców i wałęsającego się osła na placyku nie było nikogo. Właściciel kawiarni podszedł, aby ich obsłużyć... – Mario Puzo, „Ojciec Chrzestny”.


Znajdująca się na wzniesieniu z widokiem na morze Savoca od 2008 roku jest wpisana na listę najpiękniejszych miasteczek Italii. Obecnie liczy sobie  około 1800 mieszkańców. Miejsce, które najbardziej nas interesuje ze względu na „Ojca Chrzestnego”, to porośnięty winoroślą Bar Vitelli. Tu nakręcono scenę, w której Michael Corleone prosi ojca Apolloni, swojej przyszłej żony, o pozwolenie widywania się z córką. Wnętrze baru, którego budynek pochodzi z XVIII wieku, przypomina istne muzeum pełne pamiątek związanych z dziełem Coppoli. Mnóstwo tu starych sprzętów stosowanych niegdyś w gospodarstwach domowych, stare krzesła, ławy i lampki. Przy wejściu do baru znajduje się stolik, na którym leży imitacja lupary, strzelby używanej na polowaniach, którą to w filmie dzierży jeden z ochroniarzy Michaela. Interesujące w wystroju lokalu są również wszechobecne zdjęcia scen z filmu i jego bohaterów oraz wycinki z gazet. Jest tu też wywieszone drzewo genealogiczne rodziny Corleone. Żywym wspomnieniem kręconych tu w 1972 roku scen jest niezmienna od lat właścicielka baru, Signora María, która do dziś serwuje tu wyśmienitą cytrynową granitę i z chęcią opowie o tym jak to było gościć hollywoodzką ekipę filmową w cichym sycylijskim miasteczku. 


W Savoca nakręcono też scenę ślubu Michaela z Apollonią. Ceremonia miała miejsce w Kościele San Nicolo, który znajduje się niedaleko Baru Vitelli. Stąd można udać się drogą w dół wzgórza, którą podążali małżonkowie na swoje wesele. A tam czeka już na nas pizzeria La Pineta, w której jedną z kelnerek jest kobieta, która wiele lat temu wystąpiła w „Ojcu Chrzestnym” jako dziewczynka rzucająca kwiaty pod nogi filmowych nowożeńców. A co tutaj najlepiej zjeść? Będąc dalej pod wpływem filmu warto zamówić canollo, które jest symbolem kuchni sycylijskiej. To rurka z kremem wykonanym najczęściej z sera ricotta i z succade, czyli bardzo słodkiej masy z owoców. Przysmak pojawia się w scenie, w której gangsterzy zabijają zdrajcę, po czym jeden z nich wygłasza sentencję: Zostaw pistolet, zabierz cannoli. Można się też pokusić o makaron, np. taki jaki przygotowywany jest przy Michaelu, gdy ten odbiera telefon od Kay. A do popicia oczywiście czerwone wino, które tak lubił Vito Corleone, jak sam mówił w jednym ze swoich końcowych dialogów: Ostatnio wino mi smakuje. W każdym razie piję więcej.

Savoca kryje jeszcze jedną niespodziankę dla fanów filmu – tablicę upamiętniającą to, że Francis Ford Coppola nakręcił tu sceny do swojego kinematograficznego dzieła. Nie tak daleko, bo zaledwie 13 kilometrów na południe od opisywanego miasteczka, położone jest kolejne o nazwie Forza d’Agrò. To miejsce jest już związane bardziej z drugą częścią „Ojca Chrzestnego”. Znajduje się tu Kościół Sant'Agostino, gdzie nakręcono sekwencję, w której młody Vito zostaje ukryty w sianie przywiązanym do osła, aby móc uciec do Ameryki przed gniewem lokalnego mafiosa, Don Ciccio. Świątynia „gra” też krótki epizod w pierwszej części trylogii. Pojawia się, gdy Michael wraz z Fabrizio i Calò po raz pierwszy w filmowej opowieści zmierzają do Corleone.


W Stolicy Sycylii, Palermo, znajduje się kolejne miejsce wykorzystane przez Coppolę, tym razem w wieńczącej trylogię części. Chodzi o pochodzący z końca XIX wieku Teatro Massimo. Przepiękny budynek opery wznosi się na Piazza Verdi. Jest to największy we Włoszech i trzeci w Europie co do wielkości budynek operowy. Na długich schodach prowadzących do budynku w końcowej scenie „Ojca Chrzestnego III” ginie córka Michaela Corleone, Mary.

Stąd już niedaleko do Corleone, w którym, jak wiadomo, Coppola nie nakręcił żadnej sekwencji do „Ojca Chrzestnego”, ale warto odwiedzić miasteczko, w którym Mario Puzo umieścił część akcji swojej powieści. Miasto jest historycznie powiązane z działalnością mafii, to miejsce było świadkiem 153 brutalnych morderstw w okresie między 1944 rokiem a 1948. Przez wiele lat był to dom dla wielu mafijnych bossów, w tym dla Salvatore Rinny, który został aresztowany w 1993 roku pod zarzutem dokonania 150 morderstw. Ciemna historia Corleone jest ukrywana przed dzisiejszymi turystami, miasto stara się kusić swoimi przyjaznymi aspektami. Stare brukowane uliczki, przy których znajdują się liczne bary i trattorie, dwa zabytkowe kościoły, XIV-wieczny San Martino i o trzy stulecia młodszy Santa Rosalia, w którego wnętrzu znajduje się obraz Diego Velasqueza „Św. Jan Ewangelista” - to tym promuje się miasto, uciekając jednocześnie od mrocznej przeszłości.


W Corleone, mimo, że brak tu planów z dzieła Coppoli, można znaleźć ślady filmowego „Ojca Chrzestnego”. Nieopodal hotelu Belvedere znajduje się restauracja A’Giarra, do której Al Pacino vel Michael Corleone wybrał się w trakcie kręcenia zdjęć do trzeciej części filmu. A było to tak...
 
Pod koniec marca 1990 roku ekipa Coppoli kończyła kręcić w Palermo sycylijskie wątki „Ojca chrzestnego III". Wtedy to Al Pacino wpadł na pomysł zorganizowania krótkiego wypadu do Corleone. Na miejscu, aktor wraz z przyjaciółmi – Andym Garcią i Diane Keaton, zatrzymał się w Belvedere. Tam, próbując mówić w języku sycylijskim, Pacino przedstawił cel swojej wizyty, chciał odnaleźć w Corleone krewnych. Mówił o swoim dziadku, który nazywał się John Gelardi, urodził się dokładnie w Corleone, i jak wielu Sycylijczyków wyemigrował za chlebem do Nowego Jorku. Luciano Saporito, właściciel hotelu (jest nim do dziś), zaprosił gości na ucztę do A’Giarry, a tam aktor poprosił gospodarza o wykonanie kilku telefonów, w celu ustalenia czy przebywają tu jacyś spokrewnieni z nim Gelardi. Każdy z rozmówców Saporito uważał, że mężczyzna robi sobie z nich żarty i odkładał słuchawkę. Pacino opuścił miasteczko pełen rozczarowania. Może wynik poszukiwań byłby inny, gdyby nie to, że wizyta słynnego aktora i niecodzienne telefony miały miejsce 1 kwietnia? A ten dzień na Sycylii nie różni się niczym swoją obyczajowością od tego, jak się go obchodzi w Polsce.

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie film.org.pl


James Franco parodiuje "Gwiezdne Wojny" w SNL

James Franco parodiuje trailer "Gwiezdnych wojen" w programie Saturady Night Live.


Show słynie z genialnych parodii, ale ta przebija wszystko co do tej pory powstało. Księżniczka Leia jeszcze nigdy nie była aż tak wspaniała.


sobota, 6 grudnia 2014

Demontaż "Mechanicznej pomarańczy"



Film potępiony w Wielkiej Brytanii za, jak uważano, nawoływanie do wstępowania do młodzieżowych gangów i szerzenie, tak jak bohaterowie dzieła, „ultraprzemocy”. Stanley Kubrick wstrząśnięty tymi oskarżeniami rzucanymi w stronę „Mechanicznej pomarańczy” postanowił wycofać obraz z tamtejszej dystrybucji. Film ponownie powrócił na ekrany dopiero w 2000 roku. U nas, po 43 latach od premiery, amerykański klasyk znów wraca do kin.


Mamy rok 1968, Kubrick skończył już prace nad „2001: Odyseją kosmiczną” i przygotowuje się do nakręcenia filmu o Napoleonie. Ktoś jednak robi to pierwszy, a tą osobą jest Siergiej Bondarczuk, mający już na koncie ekranizację „Wojny i Pokoju”. Jego film nosił nazwę „Waterloo”, gdzie w rolę francuskiego wodza wcielił się Rod Steiger. Dzieło przyniosło klapę finansową i skutecznie zniechęciło wytwórnie do dania Kubrickowi zielonego światła na zrealizowanie jego projektu. Marzenia o wielkich scenach batalistycznych i obsadzeniu Jacka Nicholsona jako głównego bohatera obróciły się w niwecz, a zgromadzenie setek stron dokumentacji poszło na marne. 

W swoim domu w Wielkiej Brytanii Kubrick posiadał ogromne zbiory książek, z których część znajdowała się w stercie tych cierpliwie czekających na ich przeczytanie. Pewnego wieczoru wpadła mu w ręce „Mechaniczna pomarańcza”, powieść Anthony’ego Burgessa, którą otrzymał od Terry’ego Southerna, producenta „Dra Strangelove”. Reżyser przeczytał książkę w jeden wieczór i jeszcze pod koniec pierwszej części był przekonany o tym, że z tego materiału powstałby świetny film. Przez kilka kolejnych dni wracał do lektury pielęgnując w sobie uczucie ekscytacji. W głowie twórcy zaczęły pojawiać się kolejne sceny jego przyszłego arcydzieła.


Historia przeniesienia dzieła Burgessa na wielki ekran mogła się jednak potoczyć zupełnie inaczej, gdyż autor początkowo sprzedał prawa do jej ekranizacji Mickowi Jaggerowi z The Rolling Stones za 500 dolarów. W roli reżysera widziano Johna Schlessingera, ten jednak uznał, że brutalność powieści nie jest tematem, z którym chciałby się zmierzyć.

To co dla Schlessingera nie było atrakcyjne Kubricka oczarowało. Uznał on „Mechaniczną pomarańczę” za wspaniałe dzieło wyobraźni, postacie za dziwaczne i ekscytujące, a przedstawione idee za błyskotliwie rozwinięte. Również język powieści – slang oparty na języku rosyjskim, który sam autor nazwał Nadsat, wydał się reżyserowi olśniewający. Dziwaczny tytuł książki odnosił się do mowy ludzi z Malezji, gdzie Burgess spędził kilka lat. W tamtejszym języku „orang” znaczyło tyle co „człowiek” (oryginalny tytuł dzieła to „Clockwork Orange”).

(...)


O ile przy „2001: Odysei kosmicznej”, powstałej na podstawie opowiadania Arthura Clarke’a, reżyser ściśle współpracował z autorem oryginału, o tyle przy pracy nad „Mechaniczną pomarańczą” jego kontakt z Burgessem był znikomy. Pisarz otwarcie przyznawał potem, że film Kubricka zupełnie mu się nie podoba. Może to dlatego, że nie dostał od niego żadnych pieniędzy? Największe odstępstwo na jakie pozwolił sobie reżyser w stosunku do literackiego pierwowzoru dotyczyło samego zakończenia. Kubrick, pisząc scenariusz, opierał się na amerykańskim wydaniu książki, gdzie wydawca usunął ostatni rozdział, w którym mowa o powrocie Alexa na łono społeczeństwa. W prawdzie do twórcy dotarł brakujący rozdział, jednak zdecydował się on na bardziej gorzki finał, gdzie zło jest stałą częścią ludzkości. „Odyseja kosmiczna” mówiła o przezwyciężaniu człowieczeństwa, zaś „Mechaniczna pomarańcza” to fatalistyczna opowieść o tym, czego z człowieka nie da się wyplenić - skłonności do okrucieństwa.

Kubrick otwarcie przyznawał, że przewiduje to, że przemoc w przyszłości stanie się narastającym problemem. Uważano niegdyś, że ostrze satyry „Mechanicznej pomarańczy” jest szczególnie angielskie i odnosi się do brytyjskiego społeczeństwa. Jednak w świetle narastającej od lat brutalności człowieka wobec człowieka, dzieło Stanleya Kubricka jest dziś być może jeszcze bardziej aktualne niż kiedyś. 

Cały artykuł dostępny jest w numerze 12/2014 magazynu "Nowa Fantastyka"
 



piątek, 5 grudnia 2014

"John Wick" - tańczący z pistoletami (recenzja)

John Wick mógłby stać się bohaterem miłośników zwierząt. To zamordowanie jego psa staje się dla bohatera przyczynkiem do chwycenia po latach za broń i wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę. Brzmi nieco irracjonalnie i zwyczajnie głupio. Jednak film z Keanu Reevesem nie jest żadną plamą na honorze kina akcji, te pojawiają się tylko na ścianach pomieszczeń, w których Wick przelewa krew kolejnych rosyjskich gangsterów.


Za kamerą stanęli kaskaderzy, którzy wystąpili w wielu produkcjach, gdzie pada więcej kul niż słów. Ich doświadczenie pozwoliło im wypełnić "Johna Wicka" efektownymi scenami akcji rodem z gier komputerowych. Związki ze światem elektronicznej rozgrywki twórcy sygnalizują zresztą, kontrastując ekranową rozwałkę z krótką sceną, w czasie której jedna z postaci oddaje się wirtualnej strzelaninie.

Fabuła nie należy do szczególnie wymyślnych, ale w tym wypadku silenie się na zawiłości scenariusza byłoby zupełnie zbędne. Akcja ma gonić akcję, a każda ma być jeszcze większym zastrzykiem adrenaliny niż poprzednia. John Wick to były zabójca, najlepszy w swoim fachu. Wcześniej pracował na usługach rosyjskiego mafiosy, Viggo Tarasova. Po latach wiernej służby Wick odszedł od swojego szefa, by się ustatkować i założyć rodzinę. Niestety jego żona umiera na raka, a Wick popada w rozpacz i depresję. Jako ostatni prezent od swojej ukochanej dostaje suczkę. Syn Tarasova ma to nieszczęście, że jednym uderzeniem pałki zabija szczeniaka, bezlitośnie okłada nią też bohatera i kradnie jego Mustanga. W tym momencie kończy się emerytura prawdziwej legendy wśród zabójców, a zaczyna taniec śmierci, którego rytm dyktuje John Wick.


Ów danse macabre odbywa się przy świetnie skomponowanej ścieżce dźwiękowej, na którą składają się wyborne kawałki muzyki elektronicznej. Dźwięki te stanowią podkład do krwawego baletu Reevesa, któremu lepiej wychodzi wymierzanie ciosów i pociąganie za spust niż jego "kwadratowa" gra aktorska. Przypomina on jednak, że mimo pięćdziesiątki na karku jest jednym z mistrzów kina akcji, któremu należy się medal i wszelkie honory. Jego zręczność, strzeleckie popisy, brawurowa jazda i niemal niema rola zabijaki, któremu nikt nie podskoczy, stanowią o sile tego, nawiązującego do starego kina akcji, filmu.

"John Wick" nie ma do zaoferowania niczego odkrywczego, gra na utartych schematach i jest do cna przewidywalny. Ba, twórcy cytują nawet filmy, w których sami się pojawili - majestatycznie kroczący Reeves został identycznie ukazany w "Constantine", przy którym pracował Stahelski, jeden z reżyserów "Wicka". Mimo to udało im się stworzyć rasowe kino akcji, bodaj najlepszy film tego nurtu mijającego roku. Jak to się mawia w amerykańskim slangu, jest po prostu wick-ed.

Źródło: Stopklatka.pl


piątek, 28 listopada 2014

"Szefowie wrogowie 2" - forma spadkowa (recenzja)

Pierwsza część filmu sprzed trzech lat, choć bywała sprośna, a żarty nie należy do szczególnie wysublimowanych, stanowiła ostrą satyrą na kryzys gospodarczy i bycie trybikiem w kapitalistycznej machinie. Było zabawnie i dosadnie. W kontynuacji twórcy z poziomem swoich dowcipów robią krok wstecz i brzmią jakby głosili je na przerwie w gimnazjalnej toalecie.

Kto z nas przy wypiciu paru piw w gronie najbliższych znajomych nie snuł planów o założeniu własnego biznesu? Kurt, Dale i Nick nie stanowią wyjątku. Po tym jak rzucili swoje dotychczasowe prace wpadli na, jak im się wydaje, genialny pomysł stworzenia rewolucyjnego produktu na rynku armatury łazienkowej. Szukając dystrybutora dla ich towaru trafiają na Christopha Waltza, obrzydliwe bogatego i wpływowego właściciela jednego z największych sklepów internetowych. Niestety tak jak w przeszłości szefowie bohaterów zaszli im za skórę, tak też robi ich nowy partner biznesowy, który nie należy do najuczciwszych ludzi. Cóż, rynek pracy to prawdziwa dżungla, bez względu na to czy pracuje się dla kogoś, czy działa na własną rękę. Oszczędności życia mogą przepaść za kilka dni, co robić? Tym razem plan zabójstwa nie wchodzi w grę, ale porwanie, czemu nie?

Te parę lat nie sprawiło, aby trójka kumpli granych przez Batemana, Sudeikisa i Daya nabrała oleju w głowie. Przez co, a może dzięki czemu, co i raz pakują się w kolejne kłopoty oraz napotykają kolejne przeszkody na swojej drodze. Ich język też szczególnie się nie zmienił, obfituje w pokłady wulgaryzmów, a rozmowy często krążą wokół tematów związanych z seksem. Niestety bohaterowie ze swoimi żartami trafią tyle samo razy w dziesiątkę, co zaliczają pudło. Raz padają całe dialogi, które ma się ochotę wypisać złotymi literami na kartach historii gatunku buddy movie, a zaraz potem padają suchary, które najlepiej by było zakopać głęboko pod ziemią lub podsunąć Karolowi Strasburgerowi. Kloaczność miesza się z ostrymi dowcipami, bywa zabawnie, ale i żałośnie.


Jedno co nie zmieniło się od czasów "jedynki" to niezawodna obsada. Trio głównych bohaterów to zgrana drużyna. Choć czasami mają siebie nawzajem dosyć, to czuć między nimi chemię. Dodatkowo podziwiamy Waltza, który czego się nie dotknie zamienia w złoto, nawet gdyby miała to być tak mała rola jak w "Szefowie wrogowie 2". Jamie Foxx to służący zawsze dobrą radą przy knuciu przestępstwa niezły... Motherfucker - takie imię nosi jego postać. Jest też wyuzdana Jennifer Aniston, która przyciąga spojrzenie swoim seksapilem. Wszyscy aktorzy swoimi kreacjami tworzą po prostu prawdziwą galerię osobliwości, na którą patrzy się z zaciekawieniem.

Zamiary reżysera wydają się być łatwe do odczytania - miało być ostrzej, miało być jeszcze więcej igrania ze stereotypami i balansowania na granicy poprawności politycznej. Choć niektóre elementy zagrały, to w efekcie, mimo że nie trafiamy na dno szamba, to zaczynamy w nim już brodzić.

Źródło: Stopklatka


czwartek, 27 listopada 2014

"Wielka szóstka" - Fantastic 6 (recenzja)

Do kin trafiają kolejne odsłony "Spider-Mana", "Thora" czy "X-Menów", czyli popularnych serii ze stajni Marvel Comics. Każdy z pewnością słyszał o tych superbohaterach, ale nie wszyscy znają "Wielką Szóstkę", która pojawiła się na kartach komiksów w latach 90. Disneyowi ci herosi nie są obcy, dzięki czemu możemy poznać tę jedną z lepszych animacji wytwórni na przestrzeni ostatnich lat.
 
Zaletą filmu jest to, że może do siebie przekonać nie tylko najmłodszych, ale i starszych widzów. Pierwsza grupa otrzyma opowieść o tym, że należy dbać o innych, o sile przyjaźni, jak przezwyciężyć ciężkie uczucie straty kogoś bliskiego oraz o tym, że nauka może sprawiać taką samą frajdę co rozrabianie na podwórku. Dla dorosłych przygotowano kilka gagów, które mogą ich rozbawić do łez – zwłaszcza scena, w której Baymax, robot medyczny, działa na końcówce baterii i zachowuje się, jakby wracał właśnie z baru po kilku głębszych. Wydaje się, że mechaniczny Bender z serialu "Futurama" mógłby się wtedy dogadać ze wspomnianym "robo-pielęgniarzem".
 
Don Hall i Chris Williams, twór­cy filmu, prze­no­szą nas do fu­tu­ry­stycz­ne­go mia­sta San Fran­so­kyo – uła­go­dzo­nej wer­sji me­tro­po­lii z "Łowcy androidów" bę­dą­cą po­łą­cze­niem San Fran­ci­sco i Tokio. Żyje tam ge­nial­ny twór­ca ro­bo­tów, 14-let­ni Hiro Ha­ma­da, który wy­sta­wia je do walk na pie­nią­dze. Jego rów­nie po­my­sło­wy brat za­bie­ra go do la­bo­ra­to­rium, w któ­rym pra­cu­je razem z resz­tą wy­na­laz­ców-ner­dów. Chło­pak chce iść w jego ślady i za wy­gra­ne pie­nią­dze two­rzy pro­jekt na­uko­wy, któ­re­go kup­nem za­in­te­re­so­wa­na jest wiel­ka kor­po­ra­cja. Idea bie­rze górę nad moż­li­wo­ścią szyb­kie­go wzbo­ga­ce­nia się i ofer­ta zo­sta­je od­rzu­co­na przez Hiro. W wy­ni­ku nie­szczę­śli­we­go wy­pad­ku ginie star­szy brat, a młody na­uko­wiec po­sta­na­wia zna­leźć spraw­cę tej tra­ge­dii. Po­ma­ga­ją mu w tym po­zna­ni stu­den­ci i Bay­max.

"Wielka Szóstka" jest prze­wi­dy­wal­na, dużo tu wy­mu­sza­nia wzru­szeń i sche­ma­tycz­no­ści. Ale czy to za­rzut? Ani­mo­wa­ne bajki dla dzie­ci mają pewne pro­gra­mo­we wy­tycz­ne, któ­rym, choć w czę­ści, pod­po­rząd­ko­wu­ją się wszy­scy twór­cy. Jed­nak u Halla i Wil­liam­sa oprócz tych oczy­wi­sto­ści do­sta­je­my też wzbu­dza­ją­cych sym­pa­tię bo­ha­te­rów z pulch­nym Bay­ma­xem na czele. Na­iw­ny robot, nie­ma­ją­cy wiele wspól­ne­go z gra­cją, ge­ne­ru­je całą masę slap­stic­ko­wych żar­tów. Jest on tak samo nie­po­rad­ny, co od­da­ny Hiro, rów­nie głu­piut­ki, co szyb­ko uczą­cy się no­wych rze­czy, w tym nawet cio­sów ka­ra­te. Oprócz po­rząd­ne­go hu­mo­ru i cie­ka­wych po­sta­ci "Wiel­ka Szóst­ka" to też cał­kiem sporo spek­ta­ku­lar­nych scen akcji. Są więc po­ści­gi, bra­wu­ro­we szy­bo­wa­nie w po­wie­trzu i wi­do­wi­sko­we se­kwen­cje walki z czar­nym cha­rak­te­rem. Film może nie jest "wiel­ki", a i w szkol­nej skali ocen nie za­słu­gu­je na szóst­kę, ale po­tra­fi do­star­czyć sporo wra­żeń, uczy też i bawi. A to chyba naj­waż­niej­sze w tego typu pro­duk­cjach.

Źródło: Onet.pl